Tak mija czas…

Kilka dni temu minęło półtora roku, odkąd wróciłam z alkoholowej terapii…

Nie, nie liczę skrupulatnie moich trzeźwych dni… Są po prostu takie chwile, kiedy zatrzymuję się i próbuję przypomnieć sobie, w jakim miejscu byłam rok temu po tej porze.

Maj to mój ulubiony miesiąc… uwielbiam zapach kwitnącego bzu i ciepłe, ale jeszcze nie duszne, majowe wieczory.

Rok temu moje myśli zaprzątało głównie myślenie o tym, jak bez tego alkoholu mam w ogóle żyć…?

No bo maj, bo wyzwalacze, bo kawiarniane ogródki i wszystko o tym piciu przypomina… a przecież tak bardzo chciałam żyć „na trzeźwo”.

Sprawdzając w Słowniku Języka Polskiego PWN, czy forma „na trzeźwo” jest w ogóle poprawna… czy może lepiej użyć po prostu zwrotu „w trzeźwości”, odkryłam bardzo ciekawą rzecz…

Owszem, forma ta jest jak najbardziej właściwa… ma natomiast dwa znaczenia. „Na trzeźwo” według wymienionego przeze mnie słownika oznacza po pierwsze „nie będąc pijanym”, a po drugie „bez emocji i w pełni świadomie”.

Dokładnie tak właśnie rok temu chciałam żyć… bez alkoholu i niepotrzebnych emocji.

Dziś tych emocji już tak bardzo się nie boję…

Nie budzę się z myślą, że jestem uzależniona od alkoholu i że muszę kontrolować mój każdy krok, żeby się nie napić… Wstaję rano zupełnie bez skrupułów jako „normalny” człowiek.

Nie wyeliminujemy z życia tego, że czujemy i przeżywamy… że reagujemy na niektóre sytuacje inaczej niż byśmy sobie tego życzyli, bardziej w naszym przekonaniu „właściwie”… Bo co owo „właściwie” w ogóle oznacza?

Jasne… życie ma reguły. Funkcjonując w społeczeństwie, czy w jakiejkolwiek społecznej grupie, przyjmujemy pewne zasady i staramy się ich przestrzegać.

Ale to my decydujemy, co nam wypada a co nie przystoi.

Czasem słyszę, że to tak niestosownie, kiedy wszyscy w towarzystwie piją alkohol a ja jedna nie. Odpowiadam, że owszem, też tak uważam… Stosowniej byłoby, gdybyśmy wszyscy napili się herbaty… Punkt widzenia zależy od punktu siedzenia.

Nie mogę się też nadziwić, że niektórych ludzi wciąż śmieszy pytanie, czy nie piję, bo jestem alkoholiczką? Owszem, anonimową – mówię – nie za bardzo mogę zatem o tym opowiadać… Nikt dotąd nie pokusił się o kontynuowanie wątku.

Kiedyś było mi z tym brzemieniem ciężko… Do tej pory czasem jest to dla mnie balast i po takim słownym „przepychaniu się” z kimś, kto zupełnie nie rozumie sprawy, kupuję największą porcję lodów w najbliższej cukierni, żeby sobie osłodzić życie…

Tak, to jest głód alkoholowy… normalna reakcja na pojawiający się wyzwalacz. Nie muszę już się go bać, bo mam wypracowane moje na niego sposoby.

Choć konsekwentnie unikam sytuacji alkoholowo dla mnie trudnych… ale życie czasem sprawdza nas mimo, iż wcale tego nie chcemy.

I wciąż daleka jestem od apoteozy życia w trzeźwości, tak ochoczo rozpowszechnianej w aowskich kręgach.

Dla mnie jest to trudna droga… Odkąd nie piję, nie dzieją się wokół mnie cuda. Cuda to się działy, kiedy piłam… tylko za każdym razem w końcu musiałam wytrzeźwieć.

Łatwe rozwiązania niekoniecznie jednak przynoszą najlepsze rezultaty…

Agnieszka

Autor: Agnieszka

Jestem uzależniona od alkoholu. Piszę o tym, jak wygląda moje życie po terapii i dlaczego nie zamieniłabym go na tamto poprzednie, kiedy piłam...

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *