Tak mi się nie chce…

Są takie dni, kiedy nie chce mi się kompletnie nic… i to nie jest taki zwykły leń.

Zwykle zaczyna się w głowie… kiedy mam jakiś kłopot, dylemat, myślę o czymś intensywnie i nie daje mi to spokoju. Zazwyczaj nie jest to żaden dramat, ale coś, co uparcie nie chce opuścić mojej głowy.

Zwykle wtedy ta jedna, często drobna rzecz, powoduje uruchomienie lawiny. Przekładam to na wszystkie sfery mojego życia i zaczynam gwałtowne rozważania. Czy wszystko, co robię, ma sens… ot, taki mój „egzystencjalny kryzys”.

Kiedy dowiaduje się o tym moje ciało, również zaczyna odmawiać mi posłuszeństwa… mam problem z otworzeniem rano oczu a przysłowiowe „łupanie w krzyżu” zaczyna nabierać bardzo realnego wymiaru. Nie mam na nic siły i najchętniej przespałabym ten czas.

Podzieliłam się ostatnio tą refleksją  – o tym, jak to mi się nie chce – na portalu społecznościowym. Dostałam sporo wsparcia i słów otuchy. To pomaga najbardziej.

Ale nie wszyscy mnie głaskali… Jeden z moich czytelników zacytował mi
J. W. Goethego: „Kto nie idzie do przodu, ten się cofa”. A propos tego, że nie miałabym czasu na kryzysy, gdybym głowę zamiast dywagowaniem, zajęta miała ‘ulepszaniem’ siebie.

Przytoczone słowa wciąż nie dają mi spokoju… No bo jak to z tym rozwojem jest?! Czy faktycznie należy cały czas przeć do przodu?

I nie mogę tu dojść do porozumienia z samą sobą…

No bo faktycznie… zgadzam się, że rozwój jest ważny. Że cele, które sobie zakładamy, motywują nas do działania i nadają owym działaniom sens.

Lecz – z drugiej strony, czy zawsze trzeba napierać?

Kiedyś tak robiłam. Dzieliłam czas na ten, kiedy najważniejsza była wóda i na ten, kiedy nadrabiałam to, co mi w trakcie picia ‘umknęło’… choć straconego czasu przecież nadrobić się nie da.

Dziś nie muszę nigdzie pędzić. Nie muszę udawać, że moje życie to jedna wielka samorealizacja… Są dni, kiedy mogłabym przenosić góry… a są i takie, kiedy wolę położyć się u tej góry podnóża.

Zacytowany na początku tekstu autor w „Cierpieniach młodego Wertera” napisał również, że „To co ja wiem, może każdy wiedzieć. Moje serce mam ja tylko.”

Nie mam wpływu na to, co czuję i na emocje, które przeżywam. Jeśli „łapię doła” i moje samopoczucie nie jest dziś najlepsze, to nie muszę udawać, że jest. Jeśli mogę sobie wtedy pozwolić na ‘nierobienie nic’, to chętnie z tej możliwości korzystam.

Robię wtedy tylko to, co naprawdę muszę, resztę czasu bez żadnych wyrzutów sumienia i poczucia winy ‘marnotrawiąc’ na przyjemności.

Nie muszę cały czas gnać, czytać, słuchać, oglądać, dowiadywać się nowych rzeczy i doświadczać nieznanych wcześniej wrażeń.

Nie muszę też nic potem nadrabiać… bo czas przeznaczony dla mnie, to nigdy nie jest zmarnowany czas.

Mogę w dowolnej chwili zatrzymać się tu, gdzie jestem i spokojnie sobie poczekać… zapewne dużo szybciej, niż myślicie, znowu zacznie mi się chcieć!

Agnieszka

Autor: Agnieszka

Jestem uzależniona od alkoholu. Piszę o tym, jak wygląda moje życie po terapii i dlaczego nie zamieniłabym go na tamto poprzednie, kiedy piłam...

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *