Przepis na miłość…

Moje życie po ukończeniu alkoholowej terapii nie zaczęło nagle w cudowny sposób fantastycznie się układać…

Miałam momenty zwątpienia i pytań, czy trzeźwienie ma sens? Konsekwentnie jednak odsuwałam od siebie negatywne myśli, wierząc, że owy ‘sens’ prędzej czy później się ujawni… a konsekwencja zwykle się w życiu opłaca.

Trzeźwienie to proces… wymaga determinacji, wytrwałości i pracy. A to musi… naprawę MUSI kiedyś zaprocentować. Wystarczy odrobina cierpliwości!

Ja długo nie widziałam żadnych efektów… Skończyłam terapię i co? Relacje z bliskimi nadal były trudne. W pracy też nie było różowo… a nawet gorzej niż wcześniej. Kiedy piłam, skupiałam się na tym, żeby w tej pracy przetrwać… żeby nikt nie zorientował się, że codziennie przychodzę na kacu.

Aż nagle, kiedy alkohol zaczynał powolną ewakuację z moich szarych komórek, okazało się, że ja z tej pracy tak naprawdę nie mam zbyt wiele satysfakcji…

Udało mi się to zmienić… Nie od razu i bez wykonywania drastycznych posunięć. Nie porzuciłam demonstracyjnie mojego dotychczasowego zajęcia… Spokojnie czekałam, aż stanowisko, które mnie interesuje, będzie dla mnie dostępne.

Teraz znowu przychodzę do pracy z uśmiechem na twarzy i nie boli mnie co rano brzuch ze stresu.

Relacje z bliskimi nadal mam chwilami trudne… Lecz tych trudnych momentów jest coraz mniej a coraz więcej radości i wzajemnej życzliwości.

Tylko spraw sercowych wciąż nie potrafię ‘poukładać’…

Tutaj pijane czasy mocno dają o sobie znać… czasy, kiedy bardzo potrzebowałam miłości. Pragnęłam być dla kogoś wyjątkowa i ważna… czuć się po prostu kochana.

Tymczasem spotykały mnie kolejne rozczarowania… Nie, nie dlatego, że mężczyźni to ‘gatunek’ zły i okrutny. Nie jestem głosicielką żadnych feministycznych teorii.

To ja w każdym napotkanym mężczyźnie szukałam tego, czego bardzo mi brakowało… Deficyt uczuć wypełniałam przelotnymi znajomościami, które były jedynie złudzeniem tego, o czym skrycie marzyłam.

A poznawani mężczyźni na każdym kroku zawodzili… Tak mocno, że teraz przed umówioną randką dzwonię kilka razy, upewniając się, czy spotkanie się odbędzie.

Nie, nie jestem upierdliwym babskiem… bardzo boję się po prostu odrzucenia. Straciłam wiarę w to, że pojawi się w moim życiu ktoś, kto nie zawodzi… A ja tak bardzo chciałabym móc na kogoś liczyć… Czy ktoś kiedyś pozwoli mi tę wiarę odzyskać…?

I jeśli trzy razy w ciągu godziny pytam kogoś, czy wciąż o mnie myśli, to nie dlatego, że chcę go sobą osaczyć… Chcę jedynie upewnić się, że ten ktoś wciąż jest.

Jeśli proszę, żeby zamówił w Internecie nowe treningowe hantle dla mnie, to nie dlatego, że jestem nieporadna i nie potrafię sama tego zrobić… Poradziłam sobie z alkoholowym nałogiem, radzę sobie z wieloma codziennymi problemami… a czasem faktycznie, sprawia mi trudność kliknięcie w internetowy link. Myślę, że wyręczenie mnie z tego nie jest dla faceta dużym wyzwaniem…

Kiedy chcę wysłać sms z pytaniem ‘jak Ci mija dzień?’ czuję się jak stalker… Nie wiem, czy to pytanie kogoś ucieszy, czy może jednak lepiej nie narzucać się ze swoim zainteresowaniem…

Związki i związane z nimi uczucia to taka sfera, gdzie zdobywana wiedza na niewiele mi się przydaje… Niby ją mam, ale nie umiem z niej skorzystać.

Staram się działać intuicyjnie… nie powtarzać tego, co nie działało wcześniej. Choć nie unikam nowych błędów.

Próbuję działać rozważnie… lecz nadmiar zdrowego rozsądku też potrafi zaszkodzić.

Zabija moją naturalność… a mała dziewczynka, którą po wyjściu z terapii obiecałam w sobie pielęgnować, stoi skarcona gdzieś w kącie.

Nie znalazłam jak dotąd przepisu na miłość… lecz…

„Jedno wiem, jedno jest pewne,

w nieskończoności tajemniczej

muszą się spotkać – na to liczę,

nawet równoległe.” (Równoległe, autor: Słodki całus od Buby, 2006 r.)

 

Agnieszka

Autor: Agnieszka

Jestem uzależniona od alkoholu. Piszę o tym, jak wygląda moje życie po terapii i dlaczego nie zamieniłabym go na tamto poprzednie, kiedy piłam...

6 myśli na temat “Przepis na miłość…”

  1. … piękny wpis , dziękuję Ci .
    A wiesz , przypomniałem sobie nutkę , taką dla mnie ‚prowadzącą’ , gdy ukończyłem moją terapię :
    +++
    https://youtu.be/ruQJ1difOS4
    / … wszystko się może zdarzyć … /
    +++
    I wciąż uśmiecham się lekko , gdy ją usłyszę .
    Pozdrawiam ciepło -…

  2. Przypadek – chyba nie. Z zaciekawieniem czytam Twoje artykuły i mogę powiedzieć – b r a w o. Prawda, że zycie bez alkoholu jest inne, patrzy się na rzeczywistość taka jaka jest i wymaga to ogromnej akceptacji.Nie piję 25 lat. Kawał czasu, ale droga nie była łatwa. Czasami „wyłam” z bezsilności, wściekłości – zła na siebie, że nie widzę żadnych pozytywów w trzeźwieniu. Łaknęłam miłości, bliskości, dotyku, akceptacji – tego wszystkiego co mi w życiu zabrakło.Miałam partnera i wszystko sie rozwaliło. Moja kontrola, oczekiwania, pouczania, dominacja i zawładnięcie spowodowały, że związek nie przetrwał.Dzisiaj jestem sama i wiesz co Kochanie – jestem szczęśliwa z sobą i gotowa na mądry, trzeźwy związek. Czy tak się stanie – nie wiem, ale już „nie gonię” za facetami. Cieplutko pozdrawiam DAGMARA

    1. Dziękuję z całego serca za ten wpis. Ja też mam czasem chwile zwątpienia i myślę sobie, że to moje trzeźwienie nic właściwie mi nie daje… bo wciąż jest nie tak, a miało być przecież pięknie… A potem czytam coś takiego i już wiem, że można… że tyle lat. I że warto. Ściskam mocno ❤

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *