Pomaganie zawsze mile widziane…!?

Pisałam kiedyś o tym, że przez dość długi czas byłam wolontariuszem w schronisku dla zwierząt. Brałam czasem udział w różnych eventach, pomagających znaleźć zwierzakom domy. Najczęściej jednak wyprowadzałam schroniskowe psy na spacery.

Po powrocie z alkoholowej terapii zrobiłam przerwę… to był czas, który chciałam poświęcić wyłącznie sobie.

Pomaganie innym jest fantastyczne i szlachetne… może dać komuś – i nam również – wiele satysfakcji i radości.

Żeby jednak robić  to efektywnie, bezwzględnie warto zatroszczyć się w pierwszej kolejności o poukładanie spraw z samym sobą… inaczej ani trochę nie będziemy w tym pomaganiu skuteczni.

Ja potrzebowałam prawie dwóch lat, żeby przestać skupiać się wyłącznie na sobie i ponownie stać się pełnowartościowym kompanem dla moich schroniskowych podopiecznych.

Jak zwykle entuzjastycznie przekroczyłam bramę schroniska… i z miejsca zderzyłam się z tą samą ścianą, którą bezskutecznie próbowałam sforsować już wcześniej.

Nikt mnie z uśmiechem w tej bramie nie witał… Jedynie głośnie szczekanie mieszkańców dało mi odczuć, że dobrze, że przyszłam.

Usłyszałam natomiast, że na spacery trzeba umawiać się wcześniej… że wolontariusze podzieleni są na grupy… i że w sumie część z tych grup w ogóle nie przyjmuje nowych osób.

No bo ludzie są przecież tacy nieodpowiedzialni… rozmawiają w trakcie spacerów przez komórkę, nie zwracają uwagi na psy i czasem nawet któryś zwierzak potrafi zerwać się ze smyczy.

Poczułam się trochę jak na wykładzie, kiedy wykładowca wchodzi i z miejsca zaczyna opierniczać studentów za to, że tak mało ich na wykład przyszło… I mówi zupełnie nie do tej grupy, której powinien wygłaszać swoje uwagi – bo mówi do tych, którzy akurat są.

I tu tak samo… Nie jestem pierwszy raz w schronisku i myślę, że mam dość mocno rozwinięte poczucie odpowiedzialności za mojego czworonożnego towarzysza, którego zabieram na spacer.

Czuję się trochę jak intruz… choć staram się nie gubić celu – przyszłam tu dla zwierzaków, a nie, żeby zadowolić ludzi.

Znoszę dzielnie instruktaż, jak należy prawidło zapinać smycz, jak należy psa na tej smyczy prowadzić i w jaki sposób go głaskać… a zwierzak w tym czasie wyrywa do przodu i ma w nosie, czy będę go głaskała ‘z włosem’ czy ‘pod włos’… bylebym tylko nie przerywała.

Posłusznie przypinam identyfikator z informacją, że mam zgodę na spacery… Nie jestem nawet wolontariuszem, a jedynie osobą ‘do pomocy’… choć w sumie jest mi wysoce obojętne, jaki mam status.

Nie mogę się powstrzymać jedynie, kiedy wolontariuszka z jakiejś innej grupy arogancko pyta ‘moją’ wolontariuszkę, której pomagam o to, czy nasze psy długo jeszcze będą zajmowały wybieg… bo ten wybieg jest zarezerwowany dokładnie od teraz właśnie dla grupy tamtej.

Uśmiecham się szeroko i sugeruję, żeby zmieniła trochę ton… bo przecież wszyscy mamy tutaj jeden cel… chcemy pomagać.

Nie przejmuję się… mokry, niezbyt ładnie pachnący psi jęzor na mojej twarzy po wspólnym spacerze, naprawdę wynagradza wszystko!

Agnieszka

Autor: Agnieszka

Jestem uzależniona od alkoholu. Piszę o tym, jak wygląda moje życie po terapii i dlaczego nie zamieniłabym go na tamto poprzednie, kiedy piłam...

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *