Opowieść o M. …czyli historia pewnej znajomości…

Z M. poznaliśmy się tak, jak nigdy wcześniej nie wyobrażałam sobie, że poznać się można… Widzieliście „28 dni” z Sandrą Bullock, Dominickiem Westem i Viggo Mortensenem? Namawiam… obejrzeć i podzielić przez dwa, gdyż to amerykańskie kino. Amerykanie w specyficzny sposób postrzegają otaczającą ich rzeczywistość.

Mijał mój drugi tydzień terapii, kiedy usłyszałam, że do grupy dołączy nowa osoba. Mężczyzna, mój rówieśnik… i ta pierwsza moja myśl… czy będzie przystojny? Wysoki? Może będzie lubił biegać? Zaraz zaraz… przecież to terapia, a nie „szybkie randki” z internetowych portali dla singli. Tym bardziej, że nawet singlem nie byłam… Kobieca ciekawość to jednak wielka siła…

Odebraliśmy Go z Markiem z dworca. Nie było piorunów, niebiosa też się nie rozstąpiły… aczkolwiek przystojny jednak był.

Zaczęliśmy razem pracować. Całkiem nieźle nam szło. Dogadaliśmy się. Opowiadaliśmy sobie nawzajem swoje historie. Historie zupełnie różne, ale osadzone w dwóch bardzo podobnych do siebie światach.
Światach istniejących równolegle, których linie w innych okolicznościach pewnie nigdy by się nie przecięły…

Rozmawialiśmy o naszych potrzebach, oczekiwaniach, zamierzeniach i celach, do których dążymy. To nie był czas i miejsce na damsko – męskie rozgrywki. Prowadzenie gry, bawienie się emocjami i uczuciami drugiej strony, testowanie siebie nawzajem…

Oboje bardzo chcieliśmy solidnie „przepracować” program terapii. Wiedzieliśmy doskonale po co tam jesteśmy i z czym chcemy z niej wyjść.

Skazani na sukces?
Nie, w ośrodku odwykowym nie ma prymusów. Każdy ma takie same szanse, bez względu na płeć, wiek, pozycję społeczną czy wykształcenie. Najistotniejszą rolę odgrywają chęci… a nam te chęci aż uszami parowały.

Tak bardzo chcieliśmy pięknie żyć!

Nasza relacja od początku oparta była na szczerości i uczciwości wobec siebie samych i siebie nawzajem. Bez tego terapia nie ma sensu…

Zastanawiam się, jak było z zaufaniem… zaufanie wymaga budowania. Chyba nie zastanawiałam się nad tym w tamtym momencie… Po prostu zaufałam…

A potem wyjechałam… Ze świadectwem pod pachą i walizką w ręku wracałam do prawdziwego życia… mojego życia…

Wiedziałam, że będziemy się spotykać. Na mitingach, rocznicach… Marek kusił też letnim spływem kajakowym. Przecież trzeźwienie to nie tylko ciężka harówa, ale też przyjemności, o które należy zadbać. Koniecznie!

Pojechałam nawet do M. „w odwiedziny”. W trakcie terapii są również weekendy. I pacjentów odwiedzać można. Po długich pertraktacjach z Markiem oczywiście… na szczęście są to z założenia negocjacje pokojowe.

Ja już wróciłam do rzeczywistości. Odnalazłam się w niej, rozważnie stawiając każdy krok. Było trudno, ale nie aż tak strasznie, jak się obawiałam. Konsekwentnie realizowałam mój „plan na wyjście”, który stworzyłam na zakończenie terapii.

M. znał ten plan… Ja Jego planu nie znałam. On powrót do świata miał wciąż przed sobą… powrót do swojego świata…

„28 dni” się skończyło… Marek chyba lubi ten film… do znudzenia bowiem powtarzał nam jego przesłanie.

Że po wyjściu z terapii należy zacząć od pielęgnowania roślinki. Po roku, jeśli – warunek konieczny! – roślinka wciąż żyje, można zająć się hodowlą zwierząt. Na początek zalecany jest domowy pupil.

Jeśli sprawdzimy się w ogrodnictwie i chowie zwierzęcym, po dwóch latach możemy „pójść na całość”… Jesteśmy gotowi wziąć odpowiedzialność za drugiego człowieka. Zadbać o związek i stworzyć mądrą relację w długoterminowej postaci – na całe życie!

Na wszelki wypadek dopytałam… lubię wiedzieć na pewno. Czy w owej kolejności nie można wprowadzić drobnych modyfikacji…
konkretnie – odwrócić… roślinkę i zwierzaczka przyjemniej hoduje się
we dwoje… Nie można!
Mogłam jednak nie dopytywać… Odwróciłabym i udawała,
że nie wiedziałam…

A tymczasem przemawiam do mojego storczyka błagalnym głosem, żeby zakwitł. Nie zapominam go też podlewać…

20151031_090355

Moje dwa kocury leżą wygodnie na laptopowej klawiaturze. Proszę je, żeby zrobiły mi trochę miejsca…

DSC_0432

Za oknem prószy śnieg… Niedługo święta…
Zastanawiam się, co robi teraz M. Jak by to było, gdybyśmy te święta spędzili razem… przywitali wspólnie Nowy Rok…

Nie chcę, żeby scenariusz napisało za nas życie. Chcę, żebyśmy napisali
go my. Mamy solidne podstawy do jego stworzenia. Szczerość, uczciwość, lojalność wobec siebie nawzajem to bardzo mocny fundament.

To my ten fundament postawiliśmy i my będziemy budować ściany.
Kiedy? Czy naprawdę muszę to wiedzieć już dziś?
Dziś tego scenariusza i tak nie napiszę…

Agnieszka

Autor: Agnieszka

Jestem uzależniona od alkoholu. Piszę o tym, jak wygląda moje życie po terapii i dlaczego nie zamieniłabym go na tamto poprzednie, kiedy piłam...

Jedna myśl na temat “Opowieść o M. …czyli historia pewnej znajomości…”

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *