O pewnej izraelskiej piosenkarce…

Pisałam niedawno, że bardzo lubię podróżować pociągami… W ostatni weekend znowu siedziałam w Intercity. Wyglądałam przez okno, a do ucha śpiewała mi Noa – jedna z moich ulubionych ostatnio piosenkarek.

O jej istnieniu dowiedziałam się kilka miesięcy temu, w drodze na terapię. Wtedy też jechałam Intercity… Wysiadłam z pociągu na dworcu niewielkiego mazurskiego miasteczka, znalazłam busa, do którego miałam się przesiąść i ulokowałam się w nim wygodnie.

Nastoletnie piękności, siedzące obok, zmierzyły mnie krytycznymi spojrzeniami. Kwiat młodzieży z okolicznych szkół zawodowych… ostry makijaż, tipsy, wyzywające ciuchy.

Rozmawiają o szkole, zawodowych praktykach, chłopakach. O stylistyce i składni chyba nigdy nie słyszały…

Uśmiecham się szyderczo pod nosem… ale tak naprawdę im zazdroszczę. Zazdroszczę beztroski, która od nich bije… Tego, że jedynym ich problemem jest złamany paznokieć.

Zastanawiam się, czy widać po mnie, że jadę na terapię… Wariatka… Przecież nie mam na czole kartki z taką informacją.

Wkładam do uszu słuchawki, włączam muzykę i próbuję się odprężyć… Nagle moje uszy wyłapują to:

(Noa – Three days)

Pierwszy raz w życiu słyszę ten utwór… Nie rozumiem ani słowa, bo jest po hebrajsku… Ale łzy same zaczynają mi spływać po policzkach…

Wpatruję się w okno, żeby miejscowe gwiazdy nie zorientowały się, że ryczę… Myślę o tym, że dawno nigdzie nie jechałam… A przecież kiedyś lubiłam podróżować… Że w ogóle dawno nie miałam urlopu… bo zawsze było coś ważnego do zrobienia. Jakby beze mnie miał się zawalić świat.

Nie ma ludzi niezastąpionych… Przekonałam się o tym trzy tygodnie później, kiedy wróciłam z terapii. Wszystko było tak samo, jak w chwili, kiedy wyjeżdżałam…

Przypomniałam sobie to wszystko w słoneczny sobotni poranek, jadąc do Wrocławia… Nie byłam tą podróżą jakoś szczególnie podekscytowana…

Tymczasem spędziłam cudowny czas… Włócząc się po mieście bez napiętego harmonogramu zwiedzania… Co wcale nie znaczy, że bez sensu.

Zamiast oglądania atrakcji turystycznych, rozglądając się uważnie wokół. Zapuszczając się w wyludnione uliczki i urocze opuszczone zakątki, w poszukiwaniu cichego miejsca na wypicie pysznej kawy… Bez telefonu, bez laptopa, za to w przemiłym towarzystwie.

Bez butów do biegania, które tym razem zostały w domu… Nawet ja czasem potrzebuję odpoczynku od sportu! Wybrałam się za to na mszę do pobliskiego kościoła…

Zapomniałam już jak bardzo lubię podróże… Każdy wyjazd to mój czas. Kiedy nic mnie nie goni a dzień toczy się własnym powolnym rytmem.

Kiedyś nie lubiłam z tych podróży wracać. Były ucieczką od mojego pijanego życia… Dziś chętnie wyjeżdżam, ale jeszcze chętniej wracam!

Agnieszka

Autor: Agnieszka

Jestem uzależniona od alkoholu. Piszę o tym, jak wygląda moje życie po terapii i dlaczego nie zamieniłabym go na tamto poprzednie, kiedy piłam...

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *