O kimś, kto poznał mnie z Bogiem…

Moja droga z Jej drogą przecina się często w codziennym życiu. Może pracuje w osiedlowych delikatesach, może w recepcji klubu fitness, do którego chodzę… A może podcina mi włosy albo maluje paznokcie w moim ulubionym salonie kosmetycznym… To jest w tym momencie zupełnie nieważne.

Bardzo lubimy zamienić ze sobą słowo. Rozmawiamy o tym, że ona pokłóciła się z chłopakiem a ja znowu zostałam bez chłopaka… O tym, czy dobrze bawiła się na ostatniej imprezie albo czy mi podobał się film, który obejrzałam niedawno w kinie… Takie tam babskie pogaduchy.

Któregoś razu w naszą pogawędkę niepostrzeżenie wkradł się temat alkoholu… Opowiedziałam jej, że kiedyś piłam, teraz nie piję… bo mi się to picie mocno spod kontroli wymknęło… A ona mi, że rozumie, bo ktoś bardzo dla niej bliski też ma z tym problem…

Kilka dni później oznajmiła, że przeczytała mój blog… i napisała list. Nie, nie do mnie… do swojej mamy. Czytając moje teksty, wreszcie zrozumiała… że alkoholizm to choroba, że człowiek chory nie może być winny.

Przeogromnie mnie wzruszyła… Opowiedziała swoją historię z perspektywy dziecka… Dorosłego Dziecka Alkoholika… a jednak wciąż dziecka…

Dużo mówiła o Bogu… o tym, że jak nie wie komu wierzyć, to zawierza Jemu… bo On jest zawsze „pewniakiem”… Ciężko mi było dopuścić do siebie myśl, że mówi do mnie dziewczyna dekadę ode mnie młodsza… Którą życie tak okrutnie doświadczyło, a która wciąż uparcie swojej wiary nie traci…

Zapytała, czy może mnie gdzieś zabrać… Teraz to ja zaczęłam się modlić… żeby to przypadkiem nie był kościół… bo ja z Bogiem zawsze byłam trochę „na bakier”… Zostałam wprawdzie wychowana w katolickiej wierze, otrzymałam podstawowe sakramenty… i w tym momencie kontakt z Bogiem urwałam.

Wierzyłam wprawdzie w jakąś tam Siłę Wyższą… dużo mówi się o niej na aowskich mitingach, a nawet na terapii… Ale żeby się tak od razu Bogu powierzać…? Wolałam skupiać się na swojej pracy w drodze do osiągnięcia trzeźwości.

Jednak to był kościół… A ja nie miałam możliwości się na to wszystko przygotować. Lubię wcześniej dowiedzieć się, gdzie idę i czego mogę się tam spodziewać…

Był ksiądz… nawet dwóch… uff, czyli nie sekta… Oprócz nich był ktoś, kto całe spotkanie prowadził. Grał na gitarze, śpiewał i ochoczo namawiał do tego innych… I było Słowo Boże…

Nic z tego nie rozumiałam… Ale ci, którzy je czytali, mówili, że nie trzeba rozumieć… wystarczy słuchać… Czyli chyba mówili do mnie…

Odetchnęłam z ulgą, jak wyszłam… a właściwie uciekłam w popłochu… Nie rozumiałam, co tam się właściwie wydarzyło…

Dopiero w domu w Internecie przeczytałam, że właśnie uczestniczyłam w „katechezie dla dorosłych i młodzieży”… I że nikt tam nie odprawiał żadnych czarów… Że katecheza to czas słuchania Słowa Bożego, spotkania z Chrystusem… Dla wszystkich tych, którzy szukają sposobu na pogłębienie swojej wiary… I że dla wielu ludzi to pierwszy moment, gdy jako osoby dorosłe naprawdę zbliżają się do Kościoła.

Niby taka jestem otwarta na nowe doświadczenia, taka odważna i wyszczekana… A wystraszyłam się Boga… Boga, który jest źródłem życia, miłością i dobrem… Siłą tak potężną, że nikt nie ma z Nim szans… chyba nawet ja…?

Tego wystraszyłam się najbardziej… Że nie jestem jedyną osobą, która może mi pomóc… Że może On faktycznie wie lepiej, co jest dla mnie właściwe…

Wystarczy jedynie Bogu zaufać… takie to proste, a tak czasem trudne…

Agnieszka

Autor: Agnieszka

Jestem uzależniona od alkoholu. Piszę o tym, jak wygląda moje życie po terapii i dlaczego nie zamieniłabym go na tamto poprzednie, kiedy piłam...

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *