Moje natręctwa…

Miałam kiedyś taką obsesję, że nie wyobrażałam sobie wyjść z domu w niepomalowanych paznokciach… Regularnie odwiedzałam manikiurzystkę i moją głowę nieustannie zaprzątała myśl, czy nic mi nie przeszkodzi i czy uda mi się przyjść na kolejny umówiony termin, żeby nałożyć świeży kolor.

Niedopuszczalne było, żebym chodziła z odpryśniętym, startym czy zniszczonym w jakiś inny sposób lakierem… bardzo dużo energii w ciągu dnia traciłam na spoglądanie na moje pomalowane paznokcie, żeby sprawdzić, czy wszystko z nimi w porządku.

W psychologii istnieje takie pojęcie, jak ‘nerwica natręctw’… Jest ona zaburzeniem psychicznym, które objawia się obsesyjnymi myślami i irracjonalnymi zachowaniami.

Możecie zrobić sobie mały test i zastanowić się, czy zdarzało Wam się uporczywie myć ręce, choć wcale nie były brudne? Ja przyznaję, że czasem tak robię… Myślę, że u mnie jest to jeden z objawów stresu.

Podobnie jak niekiedy zawzięcie staram się ułożyć moje ubrania w szafie w równą kostkę – psycholog nazwałby to ‘dążeniem do symetrii’ i pewnie mocno by się zaniepokoił… a ja po prostu czasem tak mam, że chcę zwyczajnie czymś „zająć ręce”.

Kiedy na horyzoncie pojawia się jakaś stresująca sytuacja i nie mogę skupić się na rzeczach, które skupienia wymagają, to pomaga mi zajęcie się jakąś czysto mechaniczną czynnością i układanie ubrań świetnie się wtedy sprawdza. A jaki mam potem porządek w szafie!

Sprawdzaliście może kiedyś kilka razy, czy zamknęliście drzwi od mieszkania albo wyłączyliście żelazko? Ja ostatnio w drodze na urlop wracałam się do domu w połowie drogi na lotnisko, ryzykując, że nie polecę… ale za nic nie mogłam sobie przypomnieć chwili, kiedy wyciągałam wtyczkę od żelazka z kontaktu… oczywiście była wyciągnięta.

Czy to oznacza, że cierpię na zaburzenia obsesyjno – kompulsywne?!

Niezmiennie wyznaję zasadę „nieszukania” w sobie zaburzeń… jestem przeciwniczką biegania z każdą wewnętrzną rozterką i wątpliwością do psychologa.

Choć alkoholizm „zdiagnozowałam” sobie sama… tutaj akurat najlepszymi lekarzami dla siebie jesteśmy my sami… Bo tylko my wiemy, jak mało alkohol nam dał, a jak wiele zabrał.

Nie szukam jednak w sobie zaburzeń…

Jestem człowiekiem… przeżywam, czuję… mam wspaniałe dni i gorsze chwile… I mam też prawo do moich drobnych obsesji i natręctw.

Kiedy idę na trening, muszę równo zawiązać sznurówki… jeśli wokół jednej stopy są mocniej ściśnięte, a wokół drugiej mniej, to na pewno będzie mi się źle ćwiczyło.

Podobnie mam z układaniem włosów… jeśli związuję je w kok albo nawet w zwykły koński ogon, to muszę mieć go równo na środku głowy… inaczej z pewnością będę się przeglądała w każdym napotkanym lustrze albo sklepowej wystawie, żeby sprawdzić, czy widać niesymetrię.

Wczoraj przeszłam samą siebie… spędziłam mnóstwo czasu, starając się odpowiednio uczesać włosy i już wydawało się, że odniosłam w wykonaniu tej czynności sukces.

Jednak nie… wsiadając do windy, spojrzałam w lustro i było źle… tak źle, że wróciłam do domu i zaczęłam całą procedurę czesania od początku.

I naprawdę nie wiem, skąd mój partner wziął tyle siły, żeby nie trzasnąć drzwiami i nie wyjść po prostu beze mnie…

A on tymczasem czekał cierpliwie, aż skończę… poprosił jedynie nieśmiało, żebym za drugim razem wsiadła do windy tyłem… nie mogąc tym samym spojrzeć w lustro. I naprawdę, nie podpowiem Wam tym razem, jaka jest tej historii puenta…

Autor: Agnieszka

Jestem uzależniona od alkoholu. Piszę o tym, jak wygląda moje życie po terapii i dlaczego nie zamieniłabym go na tamto poprzednie, kiedy piłam...

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.