List do terapeuty

W trakcie terapii piszemy różne prace. Hitem wśród tematów jest oczywiście piciorys. Zaraz za nim na podium stoją listy: do rodziców, partnera, osób które skrzywdziliśmy.

Nigdy natomiast nie słyszałam o liście do swojego terapeuty. A szkoda.
Bo ja bardzo chciałabym taki list napisać.

Gdybym tylko mogła, to napisałabym Markowi co nie co. I bynajmniej
nie byłby to hymn pochwalny.

Nasza relacja od początku była idealnie nieidealna. Oboje zgodnie się ze sobą nie zgadzaliśmy. Doskonale jednak rozumieliśmy, co do siebie mówimy. Bardzo uważnie słuchaliśmy siebie nawzajem.

Marek mówił o bezsilności i poddaniu się, ja chciałam walczyć, wejść z alkoholem na ring, mieć go pod kontrolą. On wyrażał na głos swoje wątpliwości, czy moja choroba jest naprawdę. Czy może jest tylko moim wymysłem, skoro mam wszystko „doskonale, precyzyjnie opanowane”
jak bohater „Żółtego szalika”.

Swoją drogą namawiam do obejrzenia. Janusz Morgenstern jako reżyser
i Janusz Gajos w roli pierwszoplanowej, w połączeniu ze scenariuszem Jerzego Pilcha – to po prostu musiało się udać!

A tymczasem się wkurzam. Jaki wymysł? Przecież ja wiem, że jestem uzależniona. I właśnie dlatego znalazłam się w tym ośrodku dla alkoholików. O czym tu dyskutować?

Diagnozę mam przeprowadzić sobie sama. No na pewno! Bo co? Ja jakiś lekarz jestem?
I wtedy słyszę, że owszem, że od siebie samej jestem najlepszym lekarzem. Nawet mnie to przekonuje, ale nie wypowiadam tego głośno.
W końcu to moje pieniądze i moje leczenie. Nie obiecywałam, że będę pokornym pacjentem.

I jeszcze słyszę, że odda kasę i wrócę do domu. Jak sobie zdiagnozuję,
że jestem zdrowa. Cudownie.
Zatem zgadzam się na to badanie. Niechętnie. I przy każdym kolejnym punkcie ogarnia mnie coraz większy strach, że to naprawdę choroba.

Pod koniec nie mam już żadnych wątpliwości. Niby to wiedziałam, ale zobaczyć tak czarno na białym – to nie to samo! Nie wracam do domu. Zostaję w ośrodku.

Marek jest cierpliwy. Pozwala mi na złość, krzyk, dzielnie znosi moje łzy. Wreszcie mogę dać upust wszystkim moim emocjom. Czuję się pusta
i bezsilna. Nie mam już siły walczyć. Sama siebie kładę na łopatki.

I wtedy dopiero zaczynamy pracować. Tak naprawdę. Bez odwalania kolejnych tematów „na sztukę”. Marek „przemyca” mi między wierszami wszystko, co chce i powiedzieć mi musi. Ja to przyjmuję. Nie jestem oporna tak dla zasady. Ale jeśli mam choćby cień wątpliwości,
to zawsze się tego uczepię.

Powoli dociera do mnie, że nie wszystko muszę rozumieć.
Choć rozumiem chyba sporo.
Co nie znaczy, że się z tym „sporo” zgadzam.

Marek nie wbija mi wiedzy do głowy młotkiem. Mówi swoje, a to moja sprawa, co z tą wiedzą zrobię. Czuję jak otwiera przede mną przestrzeń. Mam coraz większe pole – nie, nie do popisu – do pracy. I coraz bardziej chcę to wykorzystać. Dla siebie.

Zaczynam analizować, wyciągam wnioski. Nieraz mocno wkurzona wychodzę z naszej sali terapeutycznej. Ale za każdym razem do niej wracam. Przynosząc ze sobą kolejne refleksje. Zaczynam mieć nawet jakieś pomysły na prace, na teksty. Marek nie podcina mi skrzydeł.
Ale zawsze w pierwszej kolejności muszę zrobić to, co zadane.

Odrabiam więc prace domowe solidnie. Nawet jeśli wydają mi się
bez sensu i głupie. Marek mówi, że właśnie, że one mi się tylko takie wydają. Ale, że „po coś” jednak są. Nie wiem jeszcze po co. Ale wierzę mu. I tak nie wiem komu wierzyć, a bardzo chcę komuś zaufać…
To niech będzie, że jemu… Ryzyk – fizyk…

Choć to nie ja ryzykuję najwięcej. Marka ryzyko jest dużo większe. To on pozwala mi odejść od szablonu. Ale jasno przy tym określa role – oboje wiemy, kto jest pacjentem, a kto terapeutą. I te role w tym akurat filmie nie zostaną nigdy obsadzone inaczej.

Ja już wiem, że to ryzyko się opłaci. Marek jeszcze o tym nie wie. Udzielił mi kredytu. Kredytu zaufania. I nie wie, że ja wcale nie zamierzam mu go spłacać. Zamienię w inwestycję. Inwestycję Marka we mnie. Choć nie. Zyski z inwestycji nigdy nie są pewne.
Zamienię na lokatę. Taką długoterminową.

Kiedyś na pewno usiądziemy z Markiem przy wspólnej kawie. Opowiem mu wtedy, że zyski rosły powoli, stopniowo. Że nie od razu było dobrze.
Że na początku było całkiem źle, potem mniej źle a trochę lepiej.
Z czasem może nawet całkiem dobrze.

I nie wiem jak będzie wtedy, kiedy będziemy tę kawę pić. Ale to już Marek sam zdecyduje, czy ryzyko się opłaciło. Myślę, że jak usiądzie naprzeciw mnie i zobaczy mój uśmiech, to będzie wiedział…

Agnieszka

Autor: Agnieszka

Jestem uzależniona od alkoholu. Piszę o tym, jak wygląda moje życie po terapii i dlaczego nie zamieniłabym go na tamto poprzednie, kiedy piłam...

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *