Kto to jest partner… czyli moje refleksje na temat związku.

Spotkałam ostatnio dawno niewidzianą koleżankę. Rozpoczęłyśmy standardową wymianę uprzejmości… grzecznościowe „co u ciebie?”,
na które nigdy nie wiem, co w takich sytuacjach odpowiedzieć. Ciężko mi bowiem w kilku słowach streścić wydarzenia ostatnich miesięcy
mojego życia…

Powiedziała mi, że dobrze wyglądam, że schudłam… I zapytała, jak moja dieta ma na imię? Przez chwilę udawałam, że nie rozumiem jej pytania. Ale pomimo, iż nie widujemy się często, to właśnie nasze podobne poczucie humoru nas kiedyś połączyło.

Doskonale rozumiałam zatem, o co pyta… Potrafię ukryć przed światem wiele moich wewnętrznych przeżyć, ale zawirowania sercowe zawsze mam wypisane na twarzy…

Pożartowałyśmy trochę z tego, że może bym jej owego delikwenta pożyczyła. Bo ona również kilka kilogramów ma do zrzucenia… Atmosfera zdecydowanie się rozluźniła a ja stałam się bardziej chętna do zwierzeń… jak za naszych wcześniejszych wspólnych czasów.

Niewiele dobrego miałam do powiedzenia. No tak to już ze mną jest – myślę, że część z Was ma podobnie – że jak ktoś mnie mocno zrani, to mówię o nim źle… Potem to mija, emocje opadają, a ja znowu staram się być dobrym człowiekiem i życzyć wszystkim dobrze.
Ale na początku życzę źle!

Na jednym wydechu wymieniłam zatem wszystkie wady, jakie posiadał mój ostatni partner. Ciesząc się przy tym, że w moich dotychczasowych tekstach funkcjonował on jedynie jako litera… Tak, to jest złośliwość… czyli ta część mnie, która w pewnych sytuacjach bierze nade mną górę.

W tym momencie padło bardzo logiczne i całkiem uzasadnione pytanie: po co właściwie z nim byłam?! …No i poszła lawina… Z wypiekami na twarzy zaczęłam entuzjastyczne tłumaczenie, że jak to?! Przecież to oczywiste… że był dla mnie wyzwaniem. Że skoro ciągle coś mu we mnie nie pasowało i miał wobec mnie oczekiwania, to ja te oczekiwania starałam się spełniać… Stawałam na głowie, na uszach też próbowałam… żeby tylko był ze mnie zadowolony. Jego wymagania motywowały mnie przecież do pracy nad sobą!

I tutaj moja koleżanka zaczęła mieć poważne wątpliwości, czy aby na pewno rozmawia ze mną… Tą „mną”, która zawsze była autentyczna i bezkompromisowa… Potrafiła zapłacić każdą cenę za przywilej bycia sobą. Jeśli starała się spełniać czyjeś oczekiwania, to były to wyłącznie oczekiwania jej samej, nie innych ludzi. Wymagała od siebie i dla siebie, ale nie pozwalała innym wymagać od niej…

Zobaczyłam pełen dezaprobaty wzrok i usłyszałam kluczowe dla tej rozmowy pytanie: „Czy ty dziewczyno naprawdę nie masz w życiu innego celu, niż spełnianie oczekiwań jakiegoś faceta?”

Poczułam jak ciśnienie gwałtownie mi się podnosi. Że jak to? Ja nie mam celu w życiu? Ja?! Przecież całe moje życie to jedno wielkie wyzwanie! Nie będzie mi tutaj jakaś baba insynuować, że nie posiadam żadnych ambicji!

Byłam gotowa śmiertelnie się na nią obrazić. Dlaczego? Bo powiedziała mi prawdę…
Bo faktycznie przez wiele ostatnich miesięcy nie miałam nic, na czym by mi naprawdę bardzo zależało i do czego zawzięcie bym dążyła.

Miotałam się w pajęczynie moich myśli i emocji… Skupiałam wyłącznie na tym, żeby się nie napić… Ale nie żyłam naprawdę… Nic miałam nic, co wytyczałoby mi drogę.

Zrozumiałam, że zanim znajdę partnera, w pierwszej kolejności muszę znaleźć właśnie tę drogę … i pójść nią sama. Z przekonaniem, że idę tą właściwą…

I dopiero wtedy, na tym właśnie szlaku mam szansę spotkać kogoś, kto pójdzie nim dalej ze mną…

Kogoś, kto nie będzie domagał się spełniania jego oczekiwań i stawiał mi wymagań. Kto będzie zawsze po mojej stronie, nawet – a może przede wszystkim wtedy – kiedy cały świat będzie przeciwko mnie. Kto nawet jak nie będzie rozumiał, co robię i po co to właściwie robię, to będzie mnie utwierdzał w przekonaniu, że robię dobrze. I nie będzie mnie do tego zniechęcał… Będzie mnie motywował do podejmowania wyzwań, ale sam nie będzie stawał w tych wyzwań szeregu.

Związek to nie egzamin… nie sprawdzian z bycia razem. To po prostu bycie razem!

Partner to ktoś, kto nie stawia wymagań. Oczekiwania zapewne jakieś ma… wszyscy je mamy. Ale rozumie i godzi się na to, ze ja ich wszystkich absolutnie spełnić nie muszę…

Niby nic odkrywczego, ale ja późno się tego nauczyłam…

Na szczęście jednak nie za późno!

Agnieszka

Autor: Agnieszka

Jestem uzależniona od alkoholu. Piszę o tym, jak wygląda moje życie po terapii i dlaczego nie zamieniłabym go na tamto poprzednie, kiedy piłam...

6 myśli na temat “Kto to jest partner… czyli moje refleksje na temat związku.”

  1. „Związek to nie egzamin… nie sprawdzian z bycia razem. To po prostu bycie razem!”
    Nie. Związek to kompromis. Nie Ty idziesz za kimś ani ktoś za Tobą. Idziecie razem drogą, której tor uzgadniacie. Chyba że rozumiecie się bez słów, ale w praktyce rzadko zdarzają się pary mające identyczne światopoglądy na każdy temat. I jest to sprawdzian z bycia razem – na dobre i złe. Wielki sprawdzian uczciwości, lojalności, zaufania.
    „Partner to ktoś, kto nie stawia wymagań.”
    Oczywiście, że ma i stawia. Tak jest w miłości i w biznesie. Ty też masz wymagania, nie mogłabyś być z facetem, który pije. Pewnie nie mogłabyś być również z takim, który zdradza. A więc wymagasz. Np. wierności. Nie oczekujesz, że będzie wierny tylko tego wymagasz.
    Tyle – męskim okiem.

    1. Rzadko mi się zdarza, żebym nie wiedziała, co odpowiedzieć na czyjś komentarz… Tym razem poległam 😉 Masz bardzo dużo racji w tym, co piszesz… Moglibyśmy dyskutować o tym pewnie długo… i pewnie w konsekwencji zgodziłabym się z Tobą. Związek to bardzo trudny dla mnie temat. Mój rozsądek jest w wiecznym sporze z utopijną wizją romantycznej miłości, której nie mogę się pozbyć…

      1. Romantyczna miłość nie wyklucza stawiania wymagań. Bo w życiu bez wymagań nie ma nic prawdziwego – tylko ułuda pozostaje

  2. Mój facet jest alkoholikiem.Trzeźwym.Nie znam Go z tamtego okresu. Bardzo Go kocham.Za to jaki jest dla mnie,jak mnie traktuje i za to jak ja się przy Nim czuję. I podziwiam Go za siłę porzucenia nałogu. Kibicuję Ci Aga z całego serca.

  3. Lubię kobiety, ale żona powiedziała – jeszcze jako narzeczona, że albo Ona tylko albo wybieraj… No i wybrałem – już prawie 30 lat po ślubie… Więc trzeba stawiać sprawy jasno i …wierzyć.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *