Jakiś czas później…

Napisała do mnie ostatnio młoda dziewczyna. Pytała, jak to jest jakiś czas po terapii? Czy jest lepiej? Czy alkoholowe głody są rzadsze? … I czy te emocje wreszcie kiedyś uspokajają się?

Odpisałam, że jasna sprawa… oczywiście, że jest lepiej. Z każdym dniem jest przecież lepiej, spokojniej, normalniej… Obawiam się jednak, że ona mi w to ani trochę nie uwierzyła.

Z całą pewnością ja – tamta „ja” sprzed alkoholowej terapii – nie kupiłabym tych gołosłownych zapewnień.

Zastanowiłam się wtedy, jak tak naprawdę po tej terapii jest…

Za moment minie półtora roku, odkąd nie piję. Zleciało szybko, ale to nie był łatwy czas. Wiele razy zastanawiałam się, czy jednak nie było mi lepiej, kiedy piłam…

Nie, nie było mi wtedy lepiej… choć czasem było łatwiej. Alkohol nie rozwiązał wprawdzie żadnego mojego problemu, lecz wiele z nich w cudowny sposób odłożył „na później”.

Teraz, jak jest trudno, to na całego…

Moje życie nie wykonało po terapii nagłego zwrotu o sto osiemdziesiąt stopni i nie zaczęło nagle fantastycznie się układać… układa się różnie, raz lepiej, raz gorzej.

I tak naprawdę dopiero dziś zaczynam… podkreślam: ZACZYNAM! rozumieć o co z tym uspokajaniem emocji w ogóle chodzi.

Pomyślałam sobie ostatnio, że może trochę za wcześnie od zakończenia terapii zaczęłam te moje psychologiczne studia… Obiecałam sobie, że będę je traktować wyłącznie w przyjemnych kategoriach… jako coś, co mnie rozwija i daje radość.

Widzę jednak, jak każdy egzamin mnie stresuje… nie potrafię jeszcze nabrać dystansu i pozwolić sobie na poprawkowy termin zaliczenia… oczekuję od siebie, że zdam w pierwszym.

Jednak, jako że jestem właśnie po zakończonej sukcesem pierwszej sesji, nie będę ich teraz rzucać… spróbuję za to ‘wrzucić na luz’.

Zrozumiałam też ostatnio, że moje życie należy wyłącznie do mnie… i zależy też ode mnie. Oprócz oczywiście tych rzeczy, na które wpływu mieć nie mogę. Lecz dziś nie o tym…

Zawsze uparcie podkreślałam, ze człowiek jest zdeterminowany wieloma czynnikami, które warunkują jego istnienie, wyznaczają granice… czynią go od czegoś zależnym.

Że przede wszystkim wiąże i uzależnia nas praca, bo to ona nas utrzymuje, a z czegoś przecież żyć trzeba… I jeszcze ludzie wokół… bo przecież lepiej mieć z nimi dobre relacje niż złe.

I wciąż się z tym w pewnym stopniu zgadzam…

Ale wiem też już, że najważniejszą relacją jest ta z samym sobą… Jeśli z tym człowiekiem w środku zaczniemy żyć w zgodzie, to relacje z innymi też się ułożą. Czasem ułożą się dobrze, czasem ułożą się źle… Nie jesteśmy przecież od tego, żeby spełniać czyjeś oczekiwania i wypruwać sobie żyły, żeby inni byli z nas zadowoleni.

A zawsze w zanadrzu mamy awaryjne rozwiązanie ratunkowe… możemy po prostu odwrócić się i wyjść… ponieważ do tego mamy pełne prawo – żeby wycofać się z sytuacji, w której nie czujemy się komfortowo.

Co nie znaczy, że do tych ostatecznych rozwiązań musimy się w ogóle kiedykolwiek posuwać… dla mnie wystarczająca jest sama świadomość, że mogę tak zrobić… z tą myślą zdecydowanie łatwiej mi się żyje!

A jak któregoś dnia to wszystko, o czym piszę, nie zadziała, to zawsze mogę po prostu spakować się i wyjechać na koniec świata… byliście kiedyś w Leluchowie?

Agnieszka

Autor: Agnieszka

Jestem uzależniona od alkoholu. Piszę o tym, jak wygląda moje życie po terapii i dlaczego nie zamieniłabym go na tamto poprzednie, kiedy piłam...

4 myśli na temat “Jakiś czas później…”

  1. Kolejny Twój wpis przeczytałem z uwagą i … ciekawością . Powodzenia , i za nutkę wielkie dzięki , przepyszna jest -…

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *