Jak to właściwie jest z tą terapią?!

Przeczytałam ostatnio wywiad z dziennikarką Michaliną Taczanowską, alkoholiczką… Wpadł mi w oko na stronie mojego zaprzyjaźnionego terapeuty… No bo nie wiem jak też inaczej mogłabym owego terapeutę określić…?!

Przymiotnik „ulubiony” mógłby urazić innych terapeutów, którzy ze mną pracowali. Staram się też unikać takiego wartościowania…

Z perspektywy czasu wiem, że każdy terapeuta, na którego trafiłam w moim długim i pokręconym procesie leczenia, był ważny i coś wniósł. Każdy przybliżał mnie do bycia trzeźwą, a nie od trzeźwego życia oddalał, nawet jeśli nie zawsze podobało mi się to, co mówił albo czego ode mnie wymagał.

A z Bartkiem akurat mam – tak sądzę – dobry kontakt, choć nie udało się uchronić naszej relacji od różnych napięć i tarć… Jednak nie trzeba we wszystkim się zgadzać żeby się zwyczajnie lubić.

Zaglądam zatem często na jego facebook’owy profil i ‘poczytuję’ różne rzeczy tam znalezione, szczególnie właśnie te, które dotyczą alkoholizmu.

Owszem, nie myślę już w każdej minucie dnia o tym, że jestem alkoholiczką… nie opowiadam wszystkim wokoło o moim uzależnieniu, nie chcę na tym uzależnieniu skupiać uwagi innych i sama siebie stygmatyzować.

Wciąż jednak ten temat bardzo mnie interesuje. To, że nie piję coraz dłużej, nie oznacza, że zapominam, kim jestem.

Wspomniany na początku wywiad przeczytałam z ogromną ciekawością. Tym bardziej, że zawsze wyznania kobiet – alkoholiczek będą mi bliższe, niż ‘męskie’ opowieści.

Jednak jest coś, co wciąż nie daje mi spokoju i nie mogę się z tym zgodzić…

Pani Michalina opowiada między innymi o terapii, którą ona akurat odbyła w ośrodku państwowym… dyskredytując przy tym prywatne ośrodki leczenia uzależnień.

I tu mam ochotę krzyczeć „co ty mówisz, kobieto!?”

Ośrodek Terapii Uzależnień przy ul. Sobieskiego w Warszawie, czyli słynny „biały domek” – o którym opowiada dziennikarka – to faktycznie już legenda wśród ośrodków odwykowych… A psychiatra i terapeuta dr Bohdan Woronowicz, od wielu lat z ośrodkiem związany, to ikona polskiego leczenia odwykowego.

Ale to nie znaczy, że leczenie w innych miejscach nie jest skuteczne!

Porównałabym to trochę do studiowania… Jeśli student znanego, renomowanego  uniwersytetu nie będzie miał chęci i motywacji do zdybywania wiedzy, to nic z tych studiów nie wyniesie. A ten, który ma dostęp tylko do małej, lokalnej uczelni, ale jest bardzo zdeterminowany do nauki, może osiągnąć nieporównywalnie więcej.

Nie zgadzam się, że ludzie, których stać na korzystanie z ośrodków prywatnych, czują się lepsi od tych z ośrodków państwowych ani że leczenie w takim prywatnym ośrodku jest mniej skuteczne… bo jak kogoś stać, to może sobie pojechać na taki wywczas, odpocząć trochę od picia, by potem wrócić i chlać wódę dalej… totalna bzdura.

Wszystko zależy od chęci, determinacji i motywacji!

Ja ukończyłam terapię w ośrodku prywatnym… bo było mnie stać…!? Nie, bo terapia trwała tam krócej niż w ośrodku państwowym… czyli mnie oszukali? Że w trzy tygodnie ‘przerobię’ ośmiotygodniowy program terapii z ośrodka państwowego?

No też nie… bo gdybym nie była w pracy przez osiem tygodni, to może już bym tej pracy nie miała… a trzy tygodnie jakoś dałam radę ‘przeforsować’ u mojego szefa.

I tak… to też wiele razy już słyszałam, że jak się jest chorym na alkoholizm, to najważniejsze jest leczenie, a nie praca… i że pracodawca albo jest wyrozumiały, albo lepiej się uwolnić od takiego szefa, który nie rozumie.

Nie zgadzam się!

Bardzo doceniam to, że nie straciłam pracy i nie oczekuję od moich przełożonych, że będą moją chorobę rozumieć… Co więcej, nie muszą nawet o niej wiedzieć.

Każdy z nas boryka się z życiem w różny sposób a moje sprawy nie muszą być dla wszystkich ważne… dlatego przeznaczyłam na terapię tyle czasu, ile maksymalnie mogłam.

Tak, było mnie na terapię stać… kosztem wakacji w jakimś egzotycznym kraju na przykład. Wyrzeczenie nie było zatem takie duże.

Znam jednak przynajmniej jedną taką osobę, która ratowała się pożyczką na leczenie, bo tak bardzo chciała nie pić… a przecież było tyle innych ważnych wydatków.

Nie każdy tak może… wiem to, ale też nie jestem w stanie nieść tej całej niesprawiedliwości świata ma moich ramionach… piszę o sobie i trochę o tych, których historie znam. Nie piszę o wszystkich.

Czy w prywatnym ośrodku czułam się jak ktoś z wyższej półki?

Nie bardzo… zważywszy, że akurat tam mogłam spotkać osoby, które miały więcej ode mnie kasy albo plasowały się wyżej niż ja na tej społecznej drabinie.

Ale nikt nikogo nie ustawiał w szeregu, wszyscy leżeliśmy na tym samym dnie…

Że jednak niby się separowaliśmy od ludzi z tak zwanego społecznego marginesu? … A czy lepiej by nam się leczyło, gdyby takie osoby były wśród nas? Jakoś nie widzę tutaj żadnej występującej korelacji.

Wiem jak wygląda państwowy ośrodek odwykowy, poznałam też dobrze izbę wytrzeźwień… czy utrwalanie tych obrazów miałoby jakiś terapeutyczny sens?

Spędziłam trzy tygodnie w jednoosobowym pokoju, śpiąc w wygodnym łóżku, mając do dyspozycji własną łazienkę i każdego dnia jedząc nie tylko regularne, ale też niesamowicie smaczne posiłki.

Czy terapia byłaby skuteczniejsza, gdybym biegała do wspólnej toalety na korytarzu i jadła trochę bardziej ascetycznie, no bo wiadomo… państwowy ośrodek musi mieścić się w wyznaczonych żywieniowych stawkach… Nie jestem wymagająca i dostosowałabym się, ale to nie znaczy, że bardziej komfortowe warunki zmniejszają skuteczność leczenia!

Aha… i że w ośrodku państwowym jest ostry regulamin… a to w terapii ważne!

Ja też miałam ostry regulamin… Do tej pory pamiętam, jak wkurzało mnie, że całe dnie wypełnione były zajęciami, a krótkie przerwy przeznaczałam na odrabianie zadanych prac… A ja tak bardzo chciałam pobiegać po okolicznych lasach albo pospacerować nad jeziorem.

Często zrywałam się nad ranem, żeby zrobić choć krótki trening, ale to był mój wygospodarowany czas, nikt mi tego zadania nie ułatwiał.

Owszem, bywał i czas wolny… oprócz regularnych wizyt na mitingu naszej zaprzyjaźnionej aowskiej grupy. Pamiętam wspólną wycieczkę na basen i wizytę w teatrze a potem pyszną kawę i ciacha, w takiej prawdziwej kawiarni, nie w ośrodkowej stołówce.

W państwowych ośrodkach nikt wycieczek do teatru nie organizuje… ale czy to znaczy, że ten teatr obniżył skuteczność naszego leczenia…?!

Jeśli macie ochotę poczytać więcej o mojej terapii i drodze, którą przeszłam, to zapraszam do moich pierwszych tekstów.

Nie zamierzam porównywać leczenia prywatnego i państwowego ani wyciągać wniosków… Napisałam jedynie kilka moich odczuć w odniesieniu do wywiadu, na który trafiłam i słów, z którymi się nie zgadzam.

Każdy ma swoją drogę…

I pomimo całej tej „apoteozy” pobytu w prywatnym ośrodku leczenia uzależnień gdzieś na warmińskiej ziemi, z całym szacunkiem Marku… chciałabym już nigdy na terapię nie wrócić! Agnieszka

Autor: Agnieszka

Jestem uzależniona od alkoholu. Piszę o tym, jak wygląda moje życie po terapii i dlaczego nie zamieniłabym go na tamto poprzednie, kiedy piłam...

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.