Dam radę! …czyli o tym, czy terapia była mi w ogóle do czegoś potrzebna…

Żałuję Marku bardzo, że takiego listu http://rozwoj-trzezwej-osobowosci.pl/list-otwarty-do-tomka/ nie napisałeś kiedyś do mnie… Kiedyś, kiedy się jeszcze nie znaliśmy.

Chociaż właściwie po co miałbyś do mnie taki list pisać? Przecież ja doskonale dawałam sobie radę! Dużo czasu nie piłam. Chodziłam nawet na terapię… pierwszą, drugą, trzecią. Żeby nie było, że nic z tym moim piciem nie robię. Bo robię… Mamo, tato, o co wam chodzi? Czepiacie się… przecież widzicie, że się staram.

Tylko o co się staram? O to, żebyście dali mi święty spokój i się do mojego życia – czy picia? – nie wtrącali.

Co jakiś czas bowiem do picia wracałam… Ale to przecież taka choroba – podstępna i przebiegła. Na mitingach często słyszałam, że każdemu może zdarzyć się „wpadka”, że jest to wliczone w naszą chorobę.
Skoro wliczone, to w czym jest problem?

Kiedyś usłyszałam, że jestem pacjentką „nierokującą”.
Kto? Ja?! Że popołudniami po pracy to mogę na kurs językowy chodzić,
a nie na terapię. Że w moim przypadku to nie pomoże. Bo przecież cały czas piję. I będę piła dalej, jak nie pójdę do ośrodka.

Jakiego ośrodka?! Takiego dla alkoholików? Na osiem tygodni?! Przecież ja nie mam tyle czasu. Ja mam pracę, karnet na fitness, który przepadnie i mnóstwo planów na siebie… Zapomnij babo wstrętna, terapeutko od siedmiu boleści. Nie umiesz mi pomóc, to zawód zmień… ktoś tu się chyba z powołaniem nieźle rozminął…

„To może prywatnie? Mniejsze grupy, bardziej intensywnie, dzięki temu krócej – trzy tygodnie” – pytał Bartek, mój kolejny terapeuta… nie wiem który już, przestałam ich liczyć… „Mam taki zaprzyjaźniony ośrodek na Mazurach, prowadzi go mój przyjaciel, ja go tam czasem wspieram”… przekonywał.

No kolego… na pewno! Interes z kumplem na mnie chcecie zrobić! Tyle kasy… mogę sobie za to do Egiptu polecieć… na miesiąc… może nawet tydzień na Mauritiusie spędzić… Nigdzie nie jadę! Poradzę sobie tutaj na miejscu.

Przecież nie piję!

I wtedy przyszedł ten dzień, kiedy wiedziałam już na pewno, że tak się dalej żyć nie da. Że samą abstynencją nic nie załatwię. Że wprawdzie „jeszcze płynę, ale… kra nade mną zamarza” – pamiętacie „Żółty szalik”?

Faktycznie nie piję, ale z moimi emocjami nie radzę sobie zupełnie. I jeżeli nie zrobię z tym czegoś natychmiast, to znowu pić zacznę.

Co robić?! Dzwonię do Bartka:

To gdzie ten twój przyjaciel ma ośrodek? Chcę jechać!

– Ale po co? Przecież nie pijesz…

– Jadę. Natychmiast!

– Ale jak to? A praca? Karnet na fitness? Zmarnuje się… I przecież to prywatny ośrodek leczenia uzależnień… drogo… Może na te wakacje do Egiptu lepiej jedź.

No zgłupiał… ja nie wczasów potrzebuję, tylko terapii.

Bartek wiedział doskonale, co robi. Odpuścił? Nie – przetrzymał mnie. Przestał mówić o tym, że terapia jest niezbędnym krokiem w wychodzeniu z choroby alkoholowej. Bez względu na to, czy akurat pijemy, czy mamy okres abstynencji. Że bez terapii prędzej czy później do picia się wraca… Zwykle raczej prędzej…

Pozwolił mi podjąć moją pierwszą świadomą i samodzielną decyzję na mojej drodze do trzeźwego życia.

Czy żałuję, że zrobiłam to tak późno? Z tą wiedzą, którą mam teraz,
z pewnością zdecydowałabym się na terapię alkoholową dużo wcześniej. Jednak tej wiedzy wcześniej nie miałam.
Podobno wszystko ma swoje miejsce i swój czas…

Agnieszka

Autor: Agnieszka

Jestem uzależniona od alkoholu. Piszę o tym, jak wygląda moje życie po terapii i dlaczego nie zamieniłabym go na tamto poprzednie, kiedy piłam...

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *