Czy wakacje na trzeźwo mają w ogóle jakiś sens…?

Miałam nic nie pisać… w końcu urlop to urlop! Ale właściwie dlaczego nie, skoro pisać bardzo lubię… a z urlopem chodzi przecież właśnie o to, żeby robić to, co się lubi.

Wiadomo, co było motywem przewodnim większości moich dotychczasowych urlopów… generalnie chodziło o picie.

Choć nie zawsze… Nawet w czasach, kiedy piłam, bardzo lubiłam spędzać czas aktywnie. Sporo chodziłam po górach, najczęściej z moim tatą… wtedy nie piłam.

No ale takie wakacje nad morzem na przykład nie mogły się bez alkoholu obyć… Plaża, szum fal, rybka w smażalni… aż się prosiło coś w trakcie polać. Nie mówiąc o wieczornych imprezach nad brzegiem morza… bez alkoholu nie mogły się udać.

A teraz pustka…

To nie są moje pierwsze nadmorskie trzeźwe wakacje. Zdarzały mi się już takie… choć podchodziłam do nich raczej bezrefleksyjnie.

Do tych podchodzę refleksyjnie…

Po pierwsze, wyjechałam sama… Ryzykowne… Choć przecież na co dzień też mieszkam sama, do napicia się nie potrzebuję zatem wakacji.

Po drugie, nie mam konkretnego planu… żadnego ustalonego programu dnia, który chciałabym zrealizować… Mam po prostu odpocząć.

I jak to z tym odpoczywaniem u mnie jest?

Wydaje mi się, że całkiem nie najgorzej…

Kiedyś w trakcie urlopu nie mogłam usiedzieć w miejscu… Planowałam treningi, zabierałam ze sobą książki, czekające na przeczytanie… żeby tylko nie “wytapiać” bezproduktywnie czasu.

I miałam do siebie prestensje, jeśli nie udało mi się założonego planu zrealizować… a zwykle jednak się nie udawało… Robiłam jednak, co mogłam, żeby móc się później nagrodzić mocno alkoholową imprezą.

Teraz odpuszczam… Kiedy leżę na plaży, książka leży zamknięta obok… Jeśli zechcę, to otworzę… Kiedy przed śniadaniem biegam, to nie po to, żeby się zamęczyć… a żeby zaktywizować organizm przed rozpoczynającym się dniem.

Kiedy idę na długi spacer, nie muszę odtwarzać plików z angielskimi dialogami… Słucham szumu fal, gwaru wokół… i własnych myśli. Bo ja naprawdę lubię ze sobą przebywać.

Choć nie unikam też ludzi… Kiedy wyjeżdżam sama, nocuję w schroniskach i hostelach… zwykle w wieloosobowych żeńskich salach… Pierwszy raz przetestowałam hostele we Włoszech, gdzie na wynajęcie samodzielnego pokoju nie było mnie po prostu stać… Standard miejsca bardzo pozytywnie mnie zaskoczył. Poznałam też fantastyczną dziewczynę… z Polski. Do dziś mamy ze sobą kontakt.

W Polsce jest coraz więcej miejsc, które standardem starają się dorównać innym europejskim krajom. Można zawrzeć w nich naprawdę ciekawe znajomości… Niekoniecznie na dłużej. Fajnie jest po prostu pogadać z kimś przy śniadaniu albo znaleźć kompana na wspólny wypad na plażę.

W tym roku śpię w pokoju z dwiema studentkami z Niemiec a obok mam całą ekipę Holendrów… jest naprawdę wesoło.

Czasem też zagadam do kogoś na plaży, spacerze… zapytam o drogę, godzinę, o cokolwiek… Inni ludzie też często szukają z kimś kontaktu.

Najtrudniejsze są dla mnie wieczory… Przechadzam się uliczkami gdańskiej starówki i trochę zazdroszczę… W ogródkach siedzą uśmiechnięci ludzie… Rozmawiają, śmieją się, jedzą i często oczywiście piją…

Czy chciałabym być na ich miejsu…? Nigdy nie będę na ich miejscu… Oni wiedzą, kiedy przestać… ja nigdy nie będe potrafiła powiedzieć sobie stop.

Zdecydowanie bliższy mnie jest ten młody chłopak, którego spotkałam dzis rano na plaży… Zaczynałam właśnie mój dwudziestokilkukilometrowy spacer, kiedy on z trudem podnosił swoje zwłoki, otrzepywał je z piasku i bezradnie rozglądał się wokoło, zdziwiony tym, gdzie jest…

Znam to dobrze… I w tym momencie natychmiast przestałam innym zazdrościć…

Agnieszka

Autor: Agnieszka

Jestem uzależniona od alkoholu. Piszę o tym, jak wygląda moje życie po terapii i dlaczego nie zamieniłabym go na tamto poprzednie, kiedy piłam...

2 myśli na temat “Czy wakacje na trzeźwo mają w ogóle jakiś sens…?”

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *