Coś o diecie i sporcie…

Kiedy otworzyłam dziś rano lodówkę, ni z tego ni z owego przypomniała mi się pewna historia…

Jakiś czas temu – w moim poprzednim życiu, tym sprzed terapii – wpadł do mnie z niezapowiedzianą wizytą mój tata. Nie, nic z tych rzeczy… nie udało mu się „przyłapać” mnie na piciu…

Metody maskowania i kamuflażu miałam wtedy opanowane do perfekcji. Mój system zasłon balistycznych, zapadni i innych pułapek był tak rozbudowany, że żaden przeciwnik nie zdołałby wtargnąć do mojego królestwa, kiedy alkohol był tam ze mną…

No ale wtedy akurat spokojnie mogłam mojego gościa wpuścić…
I tamtego dnia to tata otworzył moją lodówkę. Z przyczyn czysto prozaicznych, w poszukiwaniu mleka do kawy.
Ze zdziwioną miną zapytał, dlaczego w owej lodówce trzymam jedynie lakiery do paznokci?

No jak to dlaczego? Bo przeczytałam gdzieś, że lakiery do paznokci dłużej zachowują swoją przydatność, przechowywane w niskiej temperaturze.

Wiedziałam jednak doskonale, że sens pytania był zupełnie inny… No nie trzymam jedzenia, bo jak go nie mam, to nie jem… Przecież dbam o figurę… To jednak nie była chyba przekonująca odpowiedź.

Owszem, starałam się zdrowo odżywiać. Obsesyjnie liczyłam kalorie i doskonale stwarzałam pozory bycia na ‘permanentnej diecie’… Do czasu, kiedy poczułam w przełyku alkohol… Wtedy mój żołądek uparcie zaczynał domagać się odpowiedniego „podkładu”. I było mi wysoce obojętne, czy zajadam kebab, frytki, czy inne fastfoodowe żarcie… Przecież raz na jakiś czas można… Tylko, że u mnie ten ‘raz na jakiś czas’ wypadał strasznie często…

Potem, nękana wyrzutami sumienia, mozolnie przemierzałam długie kilometry okolicznych ścieżek biegowych, próbując spalić wszystkie pochłonięte kalorie.

Taki trening nie był ani trochę efektywny, ale moje sumienie całkowicie się uspokajało. Często dokładałam do tego fitness, basen lub inną aktywność, żeby upodlić się już do końca i odbyć zasłużoną karę…

Od tamtego czasu sporo się u mnie zmieniło…

Moja lodówka każdego dnia jest pełna. Robiąc zakupy, staram się wybierać zdrowe produkty. Nie podążam jednak fanatycznie za modą na ‘bycie fit’. Nigdy nie kupuję tego, co mi nie smakuje tylko dlatego, że informacja na etykiecie głosi, że to zdrowa żywność.

Jem to, co lubię, starając się zachować umiar. Przygotowuję posiłki w domu. Pakuję je do pudełek i następnego dnia zabieram do pracy. Jeśli nie mam możliwości przygotować sobie posiłku, korzystam z mlecznych barów. Moim zdaniem opcja tradycyjnego obiadu jest zdecydowanie lepsza niż szybkie przekąski, zjedzone gdzieś w biegu.

Staram się jeść regularnie. Zdarza się jednak, że mój plan dnia nie zależy ode mnie. Wtedy zawsze mam pod ręką coś słodkiego. Czasem kawałek czekolady ratuje mi życie. Dietetycy mówią, że najzdrowsza jest gorzka… Ja wolę mleczną i nie zamierzam z niej rezygnować!

Nie robię już dwóch treningów dziennie. Robię jeden… a jak mi się nie chce, to nie robię wcale. Nauczyłam się odpuszczać… Mimo tego od czasu terapii schudłam 8 kilogramów. Wcale tego nie planując.
Po prostu nie liczy się ilość treningów, a ich jakość i regularność.

Równie ważny jest odpoczynek.

20141227_220755

Moi znajomi sportowcy zawsze mi powtarzali, ze organizm buduje formę nie w trakcie treningu, lecz w trakcie regeneracji! Nie chciałam im wtedy uwierzyć. Teraz już wierzę…
I słucham swojego ciała. Jak jest zmęczone, to pozwalam mu na relaks.

Zaprzyjaźniłam się ostatnio z Ewą Chodakowską… wirtualnie. Kiedyś się z niej śmiałam… No bo jak 45 minut machania nogami przed telewizorem może dać jakieś efekty… Potrafiłam spędzić na sali treningowej trzy godziny. Skatować się tak, że nie miałam siły wrócić do domu… Ćwiczyłam tak, jak piłam… zawsze do końca.

Teraz rozkładam na podłodze w domu matę, włączam trening i po
45. minutach jestem zdecydowanie szczęśliwszym człowiekiem.
Czuję zmęczenie, ale nie muszę już wymiotować z wysiłku…

Zaoszczędziłam przy tym na karnetach do klubów fitness. W Internecie można znaleźć mnóstwo gotowych programów treningowych.
Jestem przekonana, że każdy znajdzie tam coś dla siebie.

Chyba, że ktoś woli ćwiczyć w grupie. To też jest fajne. Wtedy warto zainwestować w karnet. Ja w klubach fitness poznałam mnóstwo bardzo sympatycznych dziewczyn. Z wieloma utrzymuję kontakt do dziś.

I pewnie jeszcze nie raz do moich ulubionych klubów zajrzę. Ale nie zamierzam już w żadnym z nich mieszkać!

Nie zostawię Was jednak z błędnym przekonaniem, że moje życie po terapii odwróciło się nagle o sto osiemdziesiąt stopni i że całkowicie nad nim zapanowałam…

Mam takie chwile, kiedy natrętne myśli o alkoholu nie dają mi spać… Czasem już na wpół przytomna, po omacku przemierzam mieszkanie,
w poszukiwaniu czekolady.
Zjadając w łóżku całą tabliczkę, martwię się wtedy jedynie o to, żeby nie upaćkać tą czekoladą pościeli… Trochę też o to, żeby próchnica nie zawładnęła moimi zębami… Staram się umyć je wtedy ponownie…

Ale zupełnie nie martwię się o ilość pochłoniętych kalorii. Kolejny trzeźwy poranek wart jest tego grzechu!

Agnieszka

Autor: Agnieszka

Jestem uzależniona od alkoholu. Piszę o tym, jak wygląda moje życie po terapii i dlaczego nie zamieniłabym go na tamto poprzednie, kiedy piłam...

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *