Jak mogłam to tak zaniedbać…!?

Zwrócił mi uwagę jeden z moich znajomych, że zaniedbałam ostatnio mój blog… Określił to wprawdzie bardziej przyjemnie stwierdzeniem, że jestem na tym moim blogu coś mało ostatnio aktywna…

Ale ja z tym moim alkoholowo – nadmiarowym reagowaniem, zinterpretowałam sobie oczywiście wszystko odpowiednio… jako zarzut,
a jakże! Czytaj dalej Jak mogłam to tak zaniedbać…!?

Czy fajne życie zawsze ma wyraźny smak…?

Siedziałam wczoraj w bardzo przyjemnej restauracji, zajadając makaron z warzywami. Chciałabym napisać, że zajadając ze smakiem, ale… no właśnie… ten smak był trochę nijaki.

Choć danie absolutnie nie było niesmaczne… Było bardzo dobrze przygotowane, elegancko podane, a kelnerowi, który je serwował, uśmiech nie schodził  z twarzy… W dodatku, o czym jestem przekonana, owy uśmiech nie był ani trochę fałszywy.

Mimo to jadłam jakoś bez przekonania… brakowało tej potrawie pikanterii. Czytaj dalej Czy fajne życie zawsze ma wyraźny smak…?

Czy to ‚niepicie’ coś mi w ogóle daje…?!

Mam znajomego, który dość długo po rzuceniu palenia oznajmił któregoś dnia odkrywczo, że to ‘niepalenie’ nic mu właściwie nie daje… i nie analizując tego dłużej, podpalił papierosa. Pali do dziś.

Przypominam sobie często tę sytuację, kiedy dopada mnie zwątpienie w wartość mojego trzeźwego życia… Pytam wówczas samą siebie o to, czy to moje ‘niepicie’ coś mi właściwie daje?

Bo przecież mogłabym sobie elegancko zagłuszyć te wszystkie negatywne emocje, które mnie czasem dopadają… tak trochę chociaż rozładować ten cały życiowy stres.

Tyle, że właśnie… prawdopodobnie… a nawet raczej na pewno… zdecydowanie zresztą na pewno nie przestałabym już pić… Czytaj dalej Czy to ‚niepicie’ coś mi w ogóle daje…?!

Tak mija czas…

Kilka dni temu minęło półtora roku, odkąd wróciłam z alkoholowej terapii…

Nie, nie liczę skrupulatnie moich trzeźwych dni… Są po prostu takie chwile, kiedy zatrzymuję się i próbuję przypomnieć sobie, w jakim miejscu byłam rok temu po tej porze.

Maj to mój ulubiony miesiąc… uwielbiam zapach kwitnącego bzu i ciepłe, ale jeszcze nie duszne, majowe wieczory.

Rok temu moje myśli zaprzątało głównie myślenie o tym, jak bez tego alkoholu mam w ogóle żyć…?

No bo maj, bo wyzwalacze, bo kawiarniane ogródki i wszystko o tym piciu przypomina… a przecież tak bardzo chciałam żyć „na trzeźwo”. Czytaj dalej Tak mija czas…

Dlaczego chętnie przychodzę do pracy w majowy weekend…

Właśnie dobiegł końca najdłuższy weekend pracującej Europy… Szykowaliśmy się do niego solidnie!

Już kilkanaście tygodni wcześniej pierwszy raz dotarło do moich uszu pytanie, jakie mam plany na majówkę… i przewijało się w rozmowach ze znajomymi i nieznajomymi co chwilę.

A ja żadnych planów nie miałam… Czytaj dalej Dlaczego chętnie przychodzę do pracy w majowy weekend…

Przez różowe okulary…

Zgubiłam wczoraj okulary… nie, nie takie korekcyjne nawet, lecz zwyczajne przeciwsłoneczne… marki zwykłej, nieznanej, żadne tam Ray-Bany.

Okoliczności były urocze… wiosenny spacer, lody i kawa… i jak ja mogłam być tak roztargniona, żeby te okulary na stoliku w kawiarnianym ogródku zostawić!?

Gapiostwo na piątkę… na szóstkę nawet!

Zorientowałam się dość późno… niemniej jednak w przypływie pierwszego ataku paniki chciałam rzucić się w drogę powrotną.

Czytaj dalej Przez różowe okulary…

Jakiś czas później…

Napisała do mnie ostatnio młoda dziewczyna. Pytała, jak to jest jakiś czas po terapii? Czy jest lepiej? Czy alkoholowe głody są rzadsze? … I czy te emocje wreszcie kiedyś uspokajają się?

Odpisałam, że jasna sprawa… oczywiście, że jest lepiej. Z każdym dniem jest przecież lepiej, spokojniej, normalniej… Obawiam się jednak, że ona mi w to ani trochę nie uwierzyła.

Z całą pewnością ja – tamta „ja” sprzed alkoholowej terapii – nie kupiłabym tych gołosłownych zapewnień.

Zastanowiłam się wtedy, jak tak naprawdę po tej terapii jest… Czytaj dalej Jakiś czas później…

Ciągnie się ta zima…

Pisałam o tym, że nie robiłam w tym roku żadnych noworocznych postanowień… Niemniej jednak miałam pewne nadzieje… jako, że nowy rok to swego rodzaju czysta karta, nowy początek.

Umówiłam się ze sobą, że po takiej sobie końcówce poprzedniego roku, żwawo ruszę z kopyta i galopem popędzę przez kolejny… Tymczasem siedzę zasmarkana w domu, z kontuzjowaną stopą na dodatek.

Bardzo nie lubię sytuacji, na które nie mam wpływu. Czytaj dalej Ciągnie się ta zima…

Grudnia czar…

Tego roku myśl o świętach nie porusza mnie tak mocno jak w zeszłym… Nie czuję ekscytacji, polując na świąteczne prezenty. Myśl o spacerze Krakowskim Przedmieściem również nie wywołuje we mnie entuzjazmu…

Za oknem ciągle mokro i ponuro. Śnieg – zamiast prószyć – leje się z nieba w duecie z deszczem… w trybie natychmiastowym przeistaczając się w kałuże.

Gdybym chociaż w sercu miała maj, może by mi tej zimy tak bardzo nie brakowało… lecz tutaj też nie jest najlepiej.

Marzenia o zeszłorocznych świętach nie ziściły się w rzeczywistości… Czytaj dalej Grudnia czar…

O bohaterach…

Kiedy w 2012 roku zaczynałam moją pierwszą terapię, bardzo się wstydziłam… Przemykałam w czapce niewidce ulicami warszawskiego Śródmieścia do słynnej w stolicy „PETRY”.

W drodze powrotnej ‘zahaczałam’ oczywiście o „Poznańską 38”, doskonale znany w aowskich kręgach klub.

Na terapii raczej się ze mną nie pieścili… Do tej pory trzymam kartkę z wynikami badań alkomatem przed każdą wizytą. Nie rozumiałam wtedy, dlaczego mi nie wierzą. Przecież przyszłam tam się leczyć, nie chciałam pić… Czytaj dalej O bohaterach…